strefa opinii

Czy czujesz się obrażany przez lokowanie produktów?

Napisane przez Margareta

Nie oglądam zbyt wiele telewizji, a jeśli już to najczęściej zasiadam do filmu lub któregoś z dwóch seriali, które traktuję czysto relaksacyjnie. Bez wkręcania się i łopotu serca gdy przepada mi jakiś odcinek. Mój relaks burzy jednak coraz częstszy i bardziej nachalny product placement. W okresie świątecznym przeskakując po kanałach trafiałam na coraz to lepsze „kwiatki” wywołujące u mnie poczucie zażenowania. Lokowanie produktu w programie, filmie czy serialu teoretycznie pozwala na zaprezentowanie produktu czy marki, osadzenie jej w kontekście i zbudowanie nawiązania do konkretnych emocji czy skojarzeń, z którymi ma korelować. Ma wzbudzić potrzebę posiadania danego produktu, „pomóc” w podjęciu decyzji zakupowej lub zwyczajnie stworzyć pozytywne odczucia związane z przedmiotem. Chociaż to wszystko wydaje się oczywiste, chyba nie do końca jest oczywiste dla twórców lokowania.
Choć product placement od dawna jest obecny w mediach, to od jakiegoś czasu nabrał na sile. Niestety coraz częściej zamiast zachęcać odstrasza. Często lokowanie produktu jest nachalne i zbyt długie. Kamera zamiast omiatać swoim szklanym okiem lokowany produkt, zgodnie z zaleceniem reżysera rejestruje kilkunastosekundową reklamę zagnieżdżoną w programie czy serialu. Zastanawiam się czy twórcy takich reklam uważają widzów za idiotów, którzy nie zauważą jedno czy dwusekundowego lokowania.
Zobaczcie sami…

Totalna żenada:

Trochę lepiej, ale nadal przaśnie:

0 (2)

 

Product placement bez większego komentarza. Nie jest dyskretnie, ale przynajmniej nie nachalnie:

A tu reklama bez marki, ale w okresie emisji był promowany w sposób tradycyjny produkt konkretnego banku. Można było się domyślić, o który chodzi:


Product placement – ING przez mediafun

A przecież można lepiej

Ok., pośmialiśmy się trochę, ale właściwie nie o słabych praktykach miała być dzisiaj mowa. Do tego wpisu zainspirował mnie film, w którym marka pojawia się praktycznie od pierwszej do ostatniej jego minuty. Ba, gra niemal pierwszoplanowa rolę, a mimo to, widz, nie wyczulony na zabiegi marketingowe nie specjalnie zwróci na nią uwagę. To znaczy zwróci, ale nieświadomie i o to chodzi. Kim jest wspomniana marka? To MAERSK Line, czyli firma oferująca usługi transportowe na całym świecie. Specjalizują się z przesyłkach o dużej wadze i gabarytach. Założę się, że co najmniej kilka razy w miesiącu widzisz na drodze ciężarówkę z wielkim kontenerem oznakowanym brandem MAERSK Line. Mimo, że swoją ofertę kierują wyłącznie do klientów biznesowych, absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie by pokazywać się indywidualnym użytkownikom TV i Internetu. Wszak każdy prezes, dyrektor działu zakupów czy sprzedaży jest w ostatecznym rozrachunku osobą indywidualną i to osoba indywidualna czyli Zdzisław czy Krystyna podejmuje decyzję o wyborze firmy transportowej, nieprawdaż? Zerknij na ich konto na Instagramie. Na profilu czarują ciekawymi zdjęciami i to one mają przyciągać widza, który patrząc na świetny obrazek, patrzy także na logo MAERSK Line. Im częściej tym lepiej J Z resztą są wszędzie gdzie tylko zechcemy, twitter, Facebook, Google+, LinkedIn, czy Pinterest. Wszędzie tam, gdzie znajdą zainteresowanie, nie męcząc przy okazji swoją obecnością.

Lokowanie prawdy

Wróćmy jednak do lokowania i filmu. Produkcja, którą mam na myśli to „Kapitan Philips”, gdzie tytułowy bohater, kapitan kontenerowca MAERSK Line płynący z ładunkiem żywności do Kenii zostaje zaatakowany przez Somalijskich piratów, mających nadzieję na wysoki okup za uwolnienie zakładników. Historia oparta jest na faktach. Rzeczywiście istnieje ktoś taki jak Richard Philips, jest kapitanem kontenerowca Maersk Alabama i w 2009 roku brał udział we wspomnianym wydarzeniu. Zapytasz co w tym dziwnego, że firma Maersk gra w filmie jedną z głównych ról skoro w rzeczywistości to załoga jej kontenerowca została zaatakowana. No właśnie nic. Mamy historię i jej dość wierne odtworzenie zatem obecność marki jest zupełnie usprawiedliwiona. Co więcej mamy tu prawdziwą historię i fakt czy Maersk w tym filmie celowo się promuje czy też nie, nie ma zupełnie znaczenia. (mając w pamięci ich świadomość promocji pewnie wsparli proces powstawania filmu). W efekcie dostajemy dobry film, trzymający w napięciu, opowiadający prawdziwe wydarzenia z określoną marka w tle. Ci którzy mają ją zauważyć zauważają, inni mają po prostu dobre kino. Z drugiej strony gdyby odrzeć film ze wspomnianego brandu, historia straciłaby coś na autentyczności. To trochę tak, jak opowiadać historię Titanica zmieniając nazwę statku na „Biegnaca po Falach” 🙂

Kierując się ku puencie, chcę zwrócić uwagę, iż lokowanie produktów byłoby znacznie ciekawsze i mniej nachalne gdyby pokazywało rzeczywiste sytuacje z użyciem przedmiotów z naturalnym rozmiarem czcionki brandu i z takim skupieniem jakie my sami , a właściwie nasze oko zazwyczaj rejestruje. A szybko czy krótko wcale nie oznacza byle jak. Nasz mózg ma naprawdę świetne umiejętności. Weźmy sobie dla przykładu fragment z płaceniem telefonem. Operator dość długo pokazuje logo reklamującej się marki, chociaż wiadomo, że w Polsce operatorzy komórkowi mają zarezerwowane dla siebie charakterystyczne kolory jak zieleń, pomarańcz, fiolet i róż. Zatem jeśli na wyświetlaczu wspomnianego telefonu, którym płaci nasza bohaterka, przez ułamek sekundy pokazałaby się pomarańczowa dupa na czarnym tle, mój mózg i tak zarejestrowałby ją jako logo Orange.

Rys. wykonany przez A.Mleczko

 

<a href=”http://www.bloglovin.com/blog/13872465/?claim=dccqed2q6tr”>Follow my blog with Bloglovin</a>